Weto dla ustawy GMO

Pomidor genetycznie modyfikowany

Prezydent zawetował ustawę o GMO. Z rezerwą mogę dodać – na szczęście.

Od razu zaznaczę, że daleki jestem od paniki w sprawie GMO. Nie uważam roślin modyfikowanych genetycznie za najgorsze zło i dzieło szatana. Każdy postęp rodzi obawy, ale nie można się odwracać od przyszłości. Kiedyś przecież obawialiśmy się pociągów, energii elektrycznej itd. Problem z GMO tkwi w szczegółach. Postaram się w kilku akapitach to wyjaśnić.

Przede wszystkim rozszyfrujmy tajemniczy skrót. GMO, czyli organizmy modyfikowane genetycznie. W kontekście omawianej ustawy chodzi o rośliny. Najczęściej genetycznie modyfikuje się soję, kukurydzę, ziemniaki czy rzepak.

Po co wprowadza się modyfikacje genetyczne? W różnych celach, głównie po to, żeby rośliny lepiej rosły oraz były odporne na choroby, szkodniki i… herbicydy (ale o tym dalej).

Skoro rośliny GMO są takie fajne, to dlaczego się ich obawiamy? Powodów jest kilka, przede wszystkim:

  • czy dostatecznie zbadaliśmy wpływ spożywania roślin GMO na zdrowie człowieka?
  • wpływ na naturalne ekosystemy – czy wprowadzenie do środowiska nowych „superroślin” nie spowoduje zagrożenia dla równowagi ekologicznej?
  • wpływ na równowagę w rolnictwie, jako sektorze gospodarki – rynek nasion GMO jest opanowany przez kilka globalnych korporacji, posiadających w dodatku patenty.

To poważne wątpliwości, przez które wiele krajów UE zdecydowało się wprowadzić moratorium dla upraw GMO.

Nie czuję się do końca na siłach opisać wyczerpująco i do tego obiektywnie cały ten problem. Postanowiłem jednak sprawę poruszyć pod wpływem artykułu z portalu Wyborcza.pl. Prof. Twardowski z Instytytu Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu przekonuje, że GMO nie powinniśmy się bać. Przekonuje momentami bardzo racjonalnie, w paru miejscach jest mało przekonujący.

  • Po pierwsze, nie wspomina, jakie konsekwencje ekonomiczne miałoby wprowadzenie GMO w Polsce. Kto by na tym zyskał? Przede wszystkim wielcy gracze, posiadający patenty na nasiona, np. Monsanto. Kto poza nimi? Warto pamiętać, że polscy rolnicy mogliby mieć problem w wielu krajach UE ze zbytem produktów zawierających GMO.
  • po drugie, zaciekawił mnie ten fragment (o znakowaniu produktów GMO): To jakie znakowanie jest sensowne? (pytanie dziennikarza)
    – Tych produktów, które rzeczywiście uległy zmianie. Dziś na polskim rynku jedynym produktem oprócz pasz opisanym jako GMO jest olej sojowy wyciskany z soi odpornej na herbicyd. To zresztą bzdura, bo choć roślina jest odporna na herbicyd, to nie zmieniono ani składu, ani struktury samego oleju.
    Żadna bzdura, Panie Profesorze! Na czym polega modyfikacja soi GMO? Na tym, że jest odporna na herbicyd (czyli środek chwastobójczy). Normalną soję uprawia się tak, że herbicydu możemy użyć przed wysianiem. Potem nie, bo herbicyd zniszczy zarówno chwasty, jak i soję. Soję GMO można popsikać herbicydem, kiedy sobie rośnie. Będzie rosła dalej, chwasty zginą. Dlaczego konsumenci mają prawo wiedzieć, czy kupują olej z soi GMO? Bo być może obawiają się zatrucia herbicydami.
  • Prof. słusznie zauważa, że produkty zawierające GMO powinny być znakowane. Niestety, już obecnie zdarza nam się jeść w ten czy inny sposób rośliny modyfikowane. A oznakowań nie ma. Nie ma też odpowiednich przepisów na ten temat, a nawet jeśli by były, najprawdopodobniej mielibyśmy ogromne problemy z ich egzekwowaniem.
  • W wywiadzie nie zostały też na poważnie poruszone poważne zastrzeżenia przeciwników GMO. Sam tytuł wywiadu „Eksperci za GMO” też wprowadza w błąd. Środowisko naukowe jest w tym temacie podzielone

Dziwi nieco brak dociekliwości dziennikarza i jednostronność przekazu. Widziałem wprawdzie artykuł tylko w wydaniu internetowym – może w wersji drukowanej pojawiła się dla równowagi także opinia eksperta przeciwnego GMO ;) ?

Zresztą, wśród zaciekłych bojowników o prawdę ;) , Gazeta Wyborcza na złą renomę i jest postrzegana jako przychylna korporacjom reprezentującym branżę GMO. Co ciekawe, pod wspomnianym wywiadem w komentarzach rozpętała się prawdziwa burza. Jednym z jej punktów jest pytanie o cenzurowanie komentarzy – okazuje się, że w komentarzach nie można używać słowa Monsanto – czyli nazwy firmy posiadającej prawa patentowe m.in. do soi modyfikowanej genetycznie, znanej też z produkcji herbicydu Roundup. Dlaczego to słowo jest zakazane? Nie wiem. Napisałem w tej sprawie mail do PR Agory – ciekawe czy mi odpowiedzą.

Na marginesie, Monsanto przez przeciwników GMO uznawane jest za jednego z głównych wrogów. Krew w żyłach mrozi krążący po sieci film dokumentalny pt. „Świat według Monsanto”. Można wstukać w Google i przekonać się samemu. Nie będę się w tym miejscu specjalnie odnosił do zarzutów zawartych w filmie, ale muszę wyrazić podziw dla ich modelu biznesowego, na przykładzie soi modyfikowanej genetycznie. Otóż, jak już wspomniałem, soja ta jest odporna na herbicydy. Dlatego też w sezonie można użyć ich nie raz, a dwa razy (przed zasianiem i w trakcie wzrostu rośliny). Nie dość, że firma zarabia na sprzedaży opatentowanych nasion, to jeszcze zwiększa sprzedaż herbicydów! Jeśli spojrzymy na sprawę w skali makro (a więc rolnictwa w Europie i na całym świecie), naprawdę jest się o co bić.

Dla zainteresowanych: polecam zapoznanie się z dwoma pierwszymi wynikami na hasło „Monsanto Polska” w Google. Pierwszy z nich to oficjalna strona firmy, drugi to strona „opozycji”. Lektura na długie zimowe wieczory gwarantowana. ;)

Wracając do tematu – czy dobrze się stało, że prezydent zawetował ustawę? Raczej tak. Pytanie, co będzie dalej? Przy kolejnych próbach legalizacji GMO w Polsce pewnie znowu będziemy mieli głośne protesty inicjowane m.in. przez Greenpeace. Znowu będzie szum w mediach, znowu do akcji wkroczą eksperci, lobbyści i bojownicy różnej maści.

Warto pamiętać, że nasze przepisy nie izolują nas całkowicie od wpływu GMO. Warto bacznie przyglądać się, jak sprawa będzie rozwijała się w USA, w Azji w reszcie Europy. Gra toczy się o niewyobrażalne pieniądze, ale też o przyszły model rolnictwa na całym świecie. Wypada tylko mieć nadzieję, że uda się wypracować takie rozwiązania, które pozwolą zabezpieczyć interesy nie tylko przedstawicieli branży GMO, ale też rolników i konsumentów, czyli nas wszystkich.

Na zakończenie, coś z zupełnie innej beczki – wydaje mi się, że GMO to obecnie wcale nie najważniejszy problem dla konsumentów. I bez GMO jesteśmy wprowadzani w błąd, truci i oszukiwani na każdym kroku przez branżę spożywczą. Wystarczy popatrzeć, w jaki sposób robi się obecnie wędliny. Ale to już temat na zupełnie inny wpis…